Umawiałam się z kimś przez sześć tygodni, cztery randki, on nawet poznał moją koleżankę na mieście „przypadkiem”. Potem cisza. Żadnego wielkiego rozstania, żadnego „to nie wypaliło” — po prostu zniknął, jakby go z telefonu wywalił jakiś program antywirusowy. Najgorsze, że dwa dni później jego mama polubiła moje zdjęcie z Malty sprzed roku. Nie wiem, czy to była pomyłka, czy ona teraz też mnie obserwuje w ciszy jak syn. Napisałam do niej wiadomość z jednym słowem: „Cześć”. Do dziś nie odpisała. Czyli ghosting mamy już rodzinny, w dwóch pokoleniach.